| Jest wreszcie jabłko, |
|
| | Jest wreszcie jabłko, o którym mówią opowieści izraelskie, a którego bogowie na pewno nie poskąpiliby Tantalosowi. Mam tu na myśli jabłko sodomskie znad brzegów Morza Martwego. Słyszał o mim i poszukiwał go w swej podróży w 1583 wspomniany już Mikołaj Krzysztof Radziwiłł. Przypominało mu się, co o owocu tym opowiadał Józef Flawiusz przy końcu I w. w dziele o wojnie żydowskiej. Szacowny ten autor pisał, że nad Morzem Martwym rosły jabłka niezwykłej piękności, ale w proch się obracały, jak kiedyś Sodoma i Gomora, gdy się ich ręką dotknęło. Nie znalazł ich jednak Radziwiłł i wątpił w ogóle, czy istniały kiedykolwiek. Miałem trochę więcej szczęścia od niego, kiedy w 1965 zwiedzałem te okolice. Nie znalazłem wprawdzie, jak i zawiedziony wojewoda wileński, żony Lota, zamienionej w słup soli, ale bez trudu zebrałem okazy sodomskich jabłek. Są to owoce rośliny noszącej łacińską nazwę Calotropis procera. Rodzi ona duże, piękne, żółte owoce, w pełni dojrzałości wypełnione jak balon powietrzem. Owoce pękają wreszcie i wyrzucają z siebie „chmurę dymu i popiołu", a ściśle mówiąc - drobniutkich nasion. Zasuszone tak się kurczą i zsychają, że niewiele z nich pozostaje. Ani świeże, ani wyschnięte nie są oczywiście jadalne. Przekonanie o magicznych własnościach jabłka przetrwało do czasów nowożytnych. Obok berła i korony należało ono do insygniów władzy monarszej. | | |